Kryminalny poniedziałek

Kryminalny poniedziałek #1 | Kradzież obrazu

Kryminalny poniedziałek to cykl wpisów, w których będę pisał m.in. o seryjnych mordercach, nierozwiązanych sprawach czy słynnych detektywach.

Vincent van Gogh to postać znana raczej każdemu. Należał do osób, które zostały docenione dopiero po śmierci. Wprawdzie obraz Maki nie jest jego najpopularniejszym dziełem, niemniej to wspaniałe arcydzieło warte kilkudziesięciu milionów dolarów.

Przypadek czy może zaplanowana akcja?

W 2010 roku ktoś skradł je z Muzeum Mahmuda Chalila. Mimo iż kairskie porty lotnicze i morskie zostały niemal od razu o tym poinformowane, do dziś nie udało się znaleźć złodzieja, a tym samym obrazu. Dziwnym trafem akurat wtedy w galerii nie działał ani monitoring, ani system alarmowy. Co ciekawe była to już druga kradzież tego dzieła. Pierwszej dopuszczono się w 1978 roku.

Kradzież z miłości

Przenieśmy się teraz do Polski. We wrześniu 2000 roku do Muzeum Narodowego w Poznaniu wszedł około trzydziestoletni mężczyzna podający się za studenta ASP. Dzięki zgodzie dyrektora muzeum na wykonanie szkicu pewnego holenderskiego pejzażu wiejskiego, udaje się do jednej z sal i rozpoczyna pracę. Za jego plecami znajduje się obraz Plaża w Pourville. Wyszedł po około pięciu godzinach. Dwa dni później pracownica muzeum zauważyła, ze dzieło Claude’a Moneta w prawym dolnym rogu odkleiło się od ramy. Poza tym było trochę wyblakłe. Okazało się, że to kopia (swoją drogą niezbyt ładna). Policja od razu zajmuje się tą sprawą, jednakże nie udaje jej się ustalić nic konkretnego i w 2001 roku śledztwo zostaje umorzone. Dziewięć lat później w związku z kradzieżą zostaje zatrzymany Robert Zwoliński. Był tak zakochany w obrazie, że chciał mieć go na wyłączność. W Krakowie jakiś malarz ukraińskiego pochodzenia zrobił dla niego kopię obrazu Moneta. Będąc w muzeum, udawał, że coś tworzy, ale tak naprawdę co chwilę nożykiem wycinał Plażę w Pourville, którą po paru godzinach zabrał do domu rodziców i tam schował w szafie. Gdy w 2004 roku urodził mu się syn, zaczęło gryźć go sumienie. Chciał się przyznać, jednak nie odważył się. Wraz z żoną i dzieckiem żyli w biedzie, dlatego nie mieli pieniędzy, aby zapłacić alimenty pierwszej żonie Roberta. Mężczyzna trafił do kartoteki i zdjęto jego odcisku palców. Po paru latach ktoś zauważył podobieństwo do odcisków zostawionych na ramie obrazu Moneta. Jako okoliczność łagodzącą sąd uznał fakt, iż złodziej nie chciał sprzedać obrazu, lecz czuł do niego coś w stylu miłości.

%d bloggers like this: