Recenzja

RECENZJA | „Cień rycerza” Sebastien de Castell

Cień rycerza to drugi tom dobrze zapowiadającej się serii fantasy. O ile pierwsza część była super, o tyle ta to jedno wielkie nieporozumienie.

Sebastien de Castell krótko po ukończeniu studiów archeologii rozpoczął pracę przy swoich pierwszych wykopaliskach. Cztery godziny później zdał sobie sprawę, jak bardzo tego nie cierpi, i postanowił rzucić wyuczony zawód, by spróbować swoich sił jako muzyk, mediator, projektant interakcji, choreograf walk, nauczyciel, kierownik projektów, aktor i specjalista do spraw strategii produktu. Jego jedyną obroną przed zarzutem niepohamowanego dyletantyzmu jest fakt, iż szczerze lubi się tym wszystkim zajmować i że każda z tych dziedzin w taki czy inny sposób odgrywa rolę w jego pisaniu. Stanowczo odpiera zarzut bycia człowiekiem renesansu w nadziei, że dzięki temu więcej osób będzie go tak postrzegać. Sebastien jest autorem uznanej serii fantasy spod znaku płaszcza i szpady, zatytułowanej Wielkie Płaszcze. Jego debiutancka powieść Ostrze zdrajcy była nominowana do Goodreads Choice Award w kategorii najlepsze fantasy oraz do Gemmell Morningstar Award. Mieszka w Vancouver z czarującą żoną i dwoma wojowniczymi kotami¹.

Długo wahałem się, czy sięgnąć po tę powieść. Czasami zdarza się, iż kontynuacje losów bohaterów są gorsze niż pierwsze tomy, więc nie chciałem zepsuć sobie tej serii. Cóż, po lekturze zanuciłem sobie tylko: A miało być tak pięknie…

Młody król Paelis nie żyje, a Wielkie Płaszcze zostali uznani za zdrajców. Falcio val Mond wraz z Kestem i Brastim odnaleźli czaroita króla, ale to w żaden sposób nie przynosi im spokoju. Otóż ich kolejną misją jest obrona tegoż czaroita, co nie należy do najprostszych zadań. Poza tym na drodze stają im dashini. No i z każdym kolejnym krokiem Falcio powoli traci siły…

Ostrzu zdrajcy irytowało mnie to, że główni bohaterzy wciąż niemal bez szwanku wychodzili z każdych opresji. Niestety w tym tomie jest tak samo, co wzmogło moje wkurzenie. Rozumiem, że Wielkie Płaszcze to wojownicy dobrze radzący sobie z bronią, jednakże śmierć kogoś z nich byłaby na pewno o wiele ciekawsza. Ta ich cudowność robi się już nudna.

Na szczęście nadal seria jest zabawna i luźna. Autor posługuje się lekkim językiem, co trochę przyśpiesza czytanie. Uwielbiam, gdy Wielkie Płaszcze dogryzają sobie. Występuje przede wszystkim komizm słowny i to Brasti jest jego nośnikiem.

Cieszę się, że autor odkrył przed nami kolejny kawał stworzonego przez siebie świata. Jest on niebywale okrutny i ponury. Silniejsi mają władzę, a prości ludzie zostali praktycznie pozbawieni jakichkolwiek praw. Zauważyłem, że Sebastien de Castell lubi znęcać się nad bohaterami. Co rusz wpadają w kolejne krwawe konflikty. Ponadto jeden z nich jest torturowany w bestialski sposób. Około czterechsetnej strony miałem tego dość. Rozumiem, że okrucieństwo, którego doznają postacie jest wypadkową tego, co dzieje się w Tristii, jednakże autor trochę się zagalopował i za bardzo chciał wymęczyć bohaterów. Zacząłem się nawet zastanawiać, skąd u niego taka żądza krwi i flaków.

Mnogość pobocznych postaci sprawiła, że miałem niemały mętlik w głowie. Poza tym autor znów nie wysilił się i nie za bardzo wykreował swoje postacie. Dzięki pierwszoosobowej narracji najlepiej poznajemy Falcia val Monda. To osoba chcąca realizować wzniosłe, lecz nie do końca realne idee (krótko mówiąc: idealista). Odważny, niezniszczalny, błyskotliwy, zabawny, za wszelką cenę dążący do realizacji celu, wojowniczy, pomocny – takie cechy posiada. Został wyidealizowany, co mnie mocno irytuje, ponieważ nie lubię, gdy autorzy robią z bohaterów niemalże bogów. Dlaczego? Bo nie są oni realistyczni i na przykład w naszych czasach nie mogliby istnieć. Gdy zobaczyłem okładkę, pomyślałem: Tak, nareszcie więcej dowiem się o Brastim (jakby co, to on się na niej znajduje). Jednakże tak się nie stało. On i Kest to postacie główne, o których niestety mało wiemy. Wciąż liczę na to, że autor w końcu się otrząśnie i coś na ich temat więcej napisze. Byłoby super, gdyby na przykład narracja się zmieniła i to oni zaczęliby odgrywać ważniejszą rolę. Teraz sprawiają wrażenie, jakoby byliby w cieniu Falcia.

Odnoszę wrażenie, że w pewnym momencie Sebastien de Castell pogubił się i nie wiedział, co zrobić z bohaterami. W przypadku tego dzieła usunięcie sporej liczby stron zadziałałoby na korzyść. Około trzechsetnej strony zastanawiałem się, po której stronie opowiadają się dane postacie i po co oni w ogóle to wszystko robią. Mimo iż dużo się dzieje, to dłużyzny sprawiają, że jest dość nudno. Nie mogłem doczekać się zakończenia, aby wreszcie móc odłożyć powieść na półkę.

Nadal doceniam autora za jego pomysłowość, kreatywność oraz umiejętność kreowania nowej rzeczywistości (co wcale takie proste nie jest). Pokazuje on, że można stworzyć powieść należącą do gatunku fantasy, która pozbawiona będzie krasnoludów, elfów czy istot często występujących w fantastyce.

Nie jestem zadowolony z sięgnięcia po Cień rycerza. Liczyłem na prześwietną przygodę, a przeżyłem coś, co tylko momentami było ciekawe. Prześwietny pomysł został zniszczony m.in. przez dłużyzny oraz nierozwinięcie kreacji niektórych bohaterów. Szczerze powiedziawszy nie za bardzo chce mi się sięgać po trzeci tom, ponieważ obawiam się, iż on także może zostać zepsuty.

Tytuł: Cień rycerza
Tytuł oryginału: Knight’s Shadow
Autor: Sebastien de Castell
Wydawnictwo: Insignis
Cykl: Wielkie Płaszcze (tom II)
Przekład: Joanna Grabarek
Redakcja i korekta: Tomasz Porębski, Julia Diduch, Marcin Piątek
Oryginalny projekt okładki: www.buerosued.de
Wydanie: I
Oprawa: miękka (ze skrzydełkami)
Liczba stron: 639
Data wydania: 4 kwietnia 2018
ISBN: 978-83-65743-75-6


¹Źródło: http://www.insignis.pl/decastell/the-author/o-mnie/

%d bloggers like this: