RECENZJA | „Druga rzeczywistość” Andrzej Mathiasz

Druga rzeczywistość – książka, która miała być ciekawa, wręcz wciągająca. Niestety coś nie wyszło. Nie wiem, czy to ze mną coś jest nie tak, czy to utwór ten jest zły.

Andrzej Mathiasz – aktor, scenarzysta, reżyser… Po 1990 r. podjął pracę w telewizji, jest założycielem Teatru Projekt, a także autorem filmu niezależnego o tytule Numer, czyli pierwszego, lubelskiego pełnometrażowego filmu fabularnego.

Sięgnąłem po tę książkę wyłącznie dlatego, że opis mnie zaciekawił. Zapowiadało się na dobrą powieść sensacyjną, od której się nie oderwę. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna.

Tom Clark jest w takim tajnym zespole. Jego praca polega na rozwijaniu pewnego wirusa, który ma być superbronią. Jednakże nie wszystko się udaje i wirus zaczyna przejmować kontrolę nad światem. Tylko Tom Clark może go opanować. Jest jednak jeden „mały” problem…

Autor nie zachwyca stylem. Posługuje się prostym, nieco wulgarnym językiem. Powoduje to, że powieść czyta się szybko i podczas lektury nie trzeba się jakoś zbytnio wysilać. Wprawdzie można to usprawiedliwić, ale spotkałem debiuty charakteryzujące się lepszym stylem.

Sam pomysł na książkę nie jest niczym do końca oryginalnym. Pojawiły się ciekawe momenty, które świetnie się czytało, ale jednak większa część utworu jest nudnawa. Momentami pojawiły się też jakieś filozoficzne rozmyślania autora.

Były dziwne sytuacje, które nic nie wynosiły do fabuły. Być może miały być zabawne, jednak sprawiały, że czułem się zażenowany. Oto one: Na wszelki wypadek sprawdził jeszcze wnękę kuchenną i łazienkę. Na koniec podniósł deskę sedesową. Nie po to, by tam kogoś szukać, ale by oddać mocz. Uśmiechnął się na myśl, że ktoś mógłby się tam ukryć. Musiałby teraz przyjąć na twarz złoty deszczyk. A co, jakby mi odstrzelił? Nadzieja w tym, że pewnie by chybił. Zawsze, gdy sięgał do rozporka, czuł się, jakby łapał za obrzyna, a nie za porządną armatę. Otaksował swojego fiuta krytycznym wzrokiem. Chętnie zamieniłby go na swój nos¹. I drugi fragmencik: Ta myśl poprawiła mu zdecydowanie humor. Jednak coś mu wciąż nie dawało spokoju. Jakaś obawa tłukła mu się po głowie, ale nie chciała się objawić. Jakby miał zatwierdzenie. Znał to uczucie. Kiedyś nie mógł się wypróżnić przez tydzień. Nie pomagały żadne środki. Dopiero jak wsadził sobie w dupę wąż od prysznica niemal do połowy i odkręcił na cały regulator kran, puściło tak, że aż zalało mu łazienkę². Po co to znalazło się w książce? Dlaczego redaktor to zachował? Oba te fragmenty nie mają większego sensu i nie łączą się w jakiś spójny i logiczny sposób z tym, co jest wcześniej czy później. Przez nie Druga rzeczywistość wyłącznie traci…

Spodobało mi się to, że rozdziały składają się z podrozdziałów, w których akcja dzieje się z perspektywy różnych postaci. To pewnego rodzaju urozmaicenie przyczyniające się do mniejszego znudzenia. Choć przyznać muszę, że po pewnym czasie miałem mętlik w głowie i zaczęli mi się mieszać bohaterzy.

Książka zmusza do refleksji. Dokąd zmierza ten świat? Świat, który zniszczyć może jeden malutki wirus stworzony przez człowieka. Nie ukrywam, że to trochę przerażające. Tym bardziej, że w dzisiejszych czasach, w których maszyny w wielu rzeczach wyręczają ludzi, scenariusz ten może się spełnić.

Bohaterzy zostali dobrze wykreowani. Różnią się od siebie, nie są sztuczni i papierowi. Mogliby istnieć naprawdę. Odniosłem jedynie delikatne wrażenie, że Tom jest trochę idealizowany.

Pomimo wielowątkowości (która, nawiasem mówiąc, powinna zdynamizować utwór) oraz różnorodności gatunkowej (mamy tutaj sensację, kryminał, science-fiction oraz delikatny romans) Druga rzeczywistość nie przypadła mi do gustu. Przede wszystkim przez nudną akcję. Jak już wcześniej wspomniałem – pomysł był naprawdę ciekawy, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

Za przekazanie egzemplarza do recenzji dziękuję Autorowi.

Tytuł: Druga rzeczywistość
Autor: Andrzej Mathiasz
Wydawnictwo: Novae Res
Korekta: Alicja Januszkiewicz
Okładka: Artur Rostocki
Wydanie: I
Oprawa: miękka (ze skrzydełkami)
Liczba stron: 455
Data wydania: 22.11.2017
ISBN: 978-83-8083-718-8


¹ Andrzej Mathiasz, Druga rzeczywistość, Gdynia, Wydawnictwo Novae Res 2017, s. 14

² Andrzej Mathiasz, Druga rzeczywistość, Gdynia, Wydawnictwo Novae Res 2017, s. 15

21 thoughts on “RECENZJA | „Druga rzeczywistość” Andrzej Mathiasz”

  1. Zażenowany? Mało powiedziane :/ Ja bym do kosza wyrzuciła coś takiego :/ Nie zmuszałabym się do dalszego czytania.

    1. Szanowna Pani. Trochę bym uważała z tym wyrzucaniem do kosza :-). Przeczytałam tę książkę i zadałam sobie też trud przeczytać inne recenzje na jej temat. Odbiegają diametralnie od powyższej. Dlatego ciekawa byłam porozmawiać z jej autorem, by poznać motywy tej rozbieżności, ale na razie bezskutecznie. Postaram się nie poddawać. A na razie poniżej przesyłam linki to wszystkich recenzji Drugiej rzeczywistości, które udało mi się znaleźć. Ciekawa lektura w zestawieniu z powyższą oceną:
      1. https://zaczytanapatka.blogspot.com/2018/02/druga-rzeczywistosc-andrzej-mathiasz.html
      2. http://panczyta.pl/2018/01/druga-rzeczywistosc-andrzej-mathiasz/
      3. http://www.dziennikwschodni.pl/co-gdzie-kiedy/recenzje-ksiazek/druga-rzeczywistosc-andrzej-mathiasz-recenzja,n,1000212365.html
      4. http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/2018/01/druga-rzeczywistosc-andrzej-mathiasz.html
      5. https://czasemtakjestczasemtakjest.blogspot.com/2017/12/druga-rzeczywistosc-andrzej-mathiasz.html
      6. bookmoment.pl/druga-rzeczywistosc-andrzej-mathiasz/
      Pozdrawiam Aneta 🙂

  2. Chyba mój post nie dociera na Fb, więc umieszczam tutaj: Dzień dobry, mam kilka pytań do tej recenzji, ponieważ chyba jako jedyna z osób polubiających ją i udostępniających, przeczytałam tę powieść. Pisze pan że: „Sam pomysł na fabułę nie jest niczym oryginalnym”. Proszę mi przypomnieć inne książki, gdzie bohater ginie i (jakby to tutaj dziwnie nie zabrzmiało, ale nie chcę rozwijać tego, bo osoby nieznające i tak nie zrozumieją) przenosi się do innej, równoległej rzeczywistości w postaci idei fix zawartej w wysyłanym dokładnie z chwilą śmierci SMSie, który może ocalić świat?

    1. Pomysł na fabułę nie jest do końca niczym oryginalnym, ponieważ motyw wirusa, który może zniszczyć świat jest dość często wykorzystywany. To, o czym mówisz, można uznać za oryginalne, ale dla mnie to za mało. Brak oryginalności widać także w języku i stylu oraz w kreacji bohaterów.

      PS Zadałaś jedno pytanie, a nie kilka 🙂
      PS2 To, że innym blogerom książka się spodobała, nie znaczy, że mi także musiała 😉

      1. Dobry wieczór, cieszę się, że Pan odpisał. Po pierwsze to oczywiste, że ma Pan prawo do własnej opinii. Jak każdy. Innych blogerów, jak Pan zapewne zauważył, nie przytaczałam w wpisie kierowanym do Pana, ale jako odpowiedź powyższej pani. Usiłowałam (usiłowanie nieudolne) uchronić Ją przed wyrzuceniem książki do kosza. (Uważam, że kto wyrzuca książkę – choćby taką, którą uważa za złą – do kosza, nie zasługuje w ogóle na książki). I jeszcze na koniec wstępu – kolejne pytanie zadam, jak uzyskam jasną odpowiedź na pierwsze pytanie.
        Bo niestety nie odpowiedział Pan na moje pytanie dotyczące zarzutu nieoryginalności. Bo uwaga, że „motyw wirusa, który może zniszczyć świat jest dość często wykorzystywany”, (a dotyczy to powieści w dużej mierze science fiction), uważam za żart. W ten sposób równie dobrze można zarzucić horrorowi motyw duchów, które straszą, kryminałowi – motyw seryjnego zabójcy, który morduje, a romansowi – motyw zakochania. Bo przecież takie motywy są często w tych gatunkach wykorzystywane. A ja pytam poważnie i konkretnie.
        Amerykańska teoria scenariuszowa uznaje, że istniej jedynie kilka (o ile się nie mylę sześć) oryginalnych archetypicznych historii. A wszystko co się naokoło pojawia, to wariacje na ich temat. Bo diabeł tkwi w szczegółach.
        Przejdźmy więc do tych szczegółów. Pisze Pan, że fabuła, którą przytoczyłam jednym zdaniem, to dla Pana za mało. Więc powtórzę pytanie, rozwijając trochę opis akcji: „Proszę mi przypomnieć inne książki, gdzie bohater ginie i (jakby to tutaj dziwnie nie zabrzmiało, ale nie chcę rozwijać tego, bo osoby nieznające i tak nie zrozumieją) przenosi się do innej, równoległej, Drugiej rzeczywistości w postaci idei fix zawartej w wysyłanym dokładnie z chwilą śmierci SMSie, który może ocalić świat?”. Rozwijając skupię się na wirusie, który Pan przywołał. Nie jest to niszczycielski wirus stworzony przez szaleńca, by zapanować nad światem lub zniszczyć ludzkość. Przeciwnie, to wirus, można rzec, pokojowy, niegroźny, który miał piętnować możnych, przypominać im o hierarchii dobra i zła, walczyć o lepszy świat. Tyle, że wirus ten, zabłąkany gdzieś w sieci, w jakimś rosyjskim instytucie, na skutek przepięcia prądu doznał mutacji. Zyskał zdolność uczenia się i myślenia. I tu w powieści nastąpiła niejako antycypacja doświadczenia Microsoftu z botem Tay – przyjazna z założenia sztuczna pani o delikatnej buzi, która miała uczyć się w sieci, stała się w kilka godzin czymś bardzo groźnym. Faszystką, antyfeministką i przemocówką, która jakby mogła, zaczęła by zabijać. Zagrożenie, które niósł ze sobą ów wirus, a który sam przybrał sobie imię Morthus, nie miało polegać na wysłaniu na ludzi zabójczych maszyn strzelających i siejących spustoszenie. Dzięki temu, iż wszystko teraz ma oprogramowanie, mordercze mogą się stać zwykłe przedmioty: windy, samochody, samoloty, nie mówiąc już o elektrowniach jądrowych i arsenałach nuklearnych. Wirus stał się szybko, także dzięki wojsku, które go chroniło, chcąc przekształcić go w doskonałą broń, wszechmocny i niezniszczalny. Jak Bóg. I tu rodzi się kilka ważnych pytań. Dlaczego to właśnie Tom Clark może zniszczyć Morthusa? Choć to właśnie, co się w pewnym momencie okazuje, wirusowi zawdzięcza swoją śmierć, kiedy „popsuły” się światła na skrzyżowaniu i jego samochód spłonął staranowany przez cysternę. Ano dlatego, iż to właśnie Tom Clark, w młodości anarchista, był twórcą owego, niegroźnego wtedy wirusa. Drugie, najważniejsze pytanie. Jak można zniszczyć coś wszechmocnego i niezniszczalnego? Jak można uśmiercić Boga? I na to bohater znajduje odpowiedź, której z pewnością nie spotkał Pan w żadnej innej powieści. I to znajduje ją w tej filozofii, na którą Pan tak wybrzydza. Jeszcze tylko dodam, iż na końcu okazuje się, iż Robin, towarzyszka Toma Clarka z Resistance – ruchu oporu przeciwko Morhusowi, który pomaga Tomowi wydostać się ze śmiertelnych opresji polujących na niego agentów wirusa, sama okazuje się jedną z jego, to znaczy wirusa, postaci. Długi wywód, ale skoro wcześniej było za mało… To w sumie i tak bardzo pokrótce.
        Oczywiście w książce jest wiele odwołań do tradycyjnych motywów, zarówno z obszaru sensacji jak i science fiction. Bowiem tytułowa Druga rzeczywistość, jest w powieści imitacją tej prawdziwej – Pierwszej. Podróbą tego co widzimy, słyszymy, znamy z doświadczenia i – to wydaje mi się tu zwłaszcza ważne – z mitów – w tym z kina, i właśnie literatury. Stąd detektyw Skalsky jest aż do przesady typowym komiksowym bohaterem kryminału noir, Robin jest aż przesadną seks bombą w stylu Tomb Raider, a Tom Clark, w tej Drugiej rzeczywistości, staje się mieszanką Bourne`a i Neo – klasyków sensacji i sf. (Zaznaczam, że nie wymądrzam się tu, tylko odrobiłam lekcję i przeczytałam wywiad z autorem, ale się z tym zgadzam)
        Ale to są tylko smaczki. Dla Pana zapewne bezproblemowo do wyłapania, dla innych może wcale. Lecz fabuła biegnie swoim torem, ponad tym. Jeśli jednak rzeczywiście utwór nie jest „do końca oryginalny”, co w rzeczywistości „krytycznej” mówi po prostu, że nie jest oryginalny, co z kolei jest równoznaczne (przynajmniej z powszechnym odbiorem czytacza recenzji) z bardzo poważnym zarzutem, iż jest w istocie plagiatem, to jednak chciałbym dokładnie dowiedzieć się od Pana – czego? Proszę podać tytuł lub tytuły tych książek, o takiej samej akcji. Z góry dziękuję.

        1. Przeczytałem jeszcze raz moją recenzję i zauważyłem, że jest w niej błąd. „Sam pomysł na fabułę nie jest niczym do końca oryginalnym” powinienem napisać „Sam pomysł na książkę nie jest niczym do końca oryginalnym”. To, o czym Pani mówi, jest oryginalne (choć ja mam poczucie, że oglądałem film z podobnym motywem), ale oryginalności nie ma w stylu pisarskim, a także w kreacji bohaterów. Jeśli ktoś napisze, że coś nie jest oryginalne, to nie znaczy to, że jest to plagiat. Takie myślenie jest błędne.

          1. Dobry wieczór. Przyznanie się do błędu, nawet w tak minimalnym stopniu, jest w dzisiejszych czasach czymś bardzo chwalebnym. Byłoby chapeau bas i machnęłabym już ręką na tę kwestię, gdyby nie dalsze zdania. Pisze Pan, że powinno być: „Sam pomysł na książkę nie jest niczym do końca oryginalnym”, a dalej tłumaczy, że chodzi o to, iż „oryginalności nie ma w stylu pisarskim, a także w kreacji bohaterów”. Przepraszam, ale co ma piernik do wiatraka? Co ma oryginalność pomysłu do stylu pisarskiego? Przecież może być oryginalny pomysł, ale spieprzony przez kiepski styl. Może także być świetnym stylem pisarskim napisany plagiat! To są dwie różne rzeczy i w końcu należałoby się zdecydować, co w istocie chce się powiedzieć. Druga rzecz – kreacja bohaterów. Nie bardzo wiem, co Pan teraz ma na myśli, skoro w recenzji napisał Pan: „Bohaterzy zostali dobrze wykreowani. Różnią się od siebie, nie są sztuczni i papierowi. Mogliby istnieć naprawdę.” Naprawdę całkiem się już gubię. Osobny kłopot mam z Pana zdaniem: „mam poczucie, że oglądałem film z podobnym motywem”. Gdyby to padło podczas towarzyskich plotek, nie czepiałabym się. Ale inna rzecz wyartykułować to publicznie, przy okazji poważnej recenzji krytycznej. Bardzo prosiłabym o tytuł tego filmu, gdyż samej zdarzyło mi się parę razy tak pomylić i potem musiałam odszczekiwać. To tak jak z tym dowcipem o informacji z radia Erewań, którego zapewne Pan nie słyszał, gdyż dotyczy to czasów słusznie minionych. Otóż radio Erewań podało swego czasu wiadomość, iż na jednym z placów w Moskwie rozdają samochody. Okazało się, iż tak naprawdę rzecz miała miejsce nie w Moskwie a w Petersburgu, nie chodziło o samochody a rowery, i nie rozdawali ale kradli. Także, zanim przejdę do następnej kwestii, poproszę o tytuł wspomnianego filmu.

          2. To nie jest poważna recenzja krytyczna. To opinia nastolatka, który lubi czytać książki. Nazywam je recenzjami, dlatego że takie wpisy są lepiej pozycjonowane w wyszukiwarce Google, ponieważ ludzie zazwyczaj wpisują „[tytuł książki] recenzja” niż „[tytuł książki] opinia”. Być może źle to rozumiem, nie wiem, ale pomysł na książkę to dla mnie plan, może nawet szkic. I gdy planuje się książkę, trzeba wymyślić nie tylko fabułę, która zaciekawi czytelnika, ale starać się też np. używać języka, który będzie się czymś wyróżniał spośród większości powieści. Tak, mam poczucie, że oglądałem film z podobnym motywem, ale tytułu niestety nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Cóż, pamięć człowieka nieograniczona nie jest.

  3. Zazdroszczę wieku i gratuluję zainteresowań. Niezależnie od tego, jak sam Pan traktuje swoje wpisy, czytelnicy zapewne odbierają je poważnie. Sama wiem przynajmniej o trzech takich osobach: zapewne autor, Pani, która po przeczytaniu tej recenzji zadeklarowała chęć potraktowania książki jak śmiecia, no i ja.
    Spróbowałabym podsumować naszą dotychczasową rozmowę. Czy zgodziłby się Pan, na następujące ustalenia: Pomysł powieści jest „ciekawy”, fabuła jako całość jest jednak oryginalna i spójna. Także bohaterowie są „dobrze wykreowani”. Tym, co zepsuło Panu lekturę książki, i zdecydowało zasadniczo o Pana negatywnej ocenie, jest styl, a ściślej język. Jest on według Pana nieuzasadnienie „prosty i wulgarny” i wynika z braku umiejętności autora-debiutanta. Co gorsza, z nieznanych Panu powodów, nie zdała egzaminu też redaktor książki, zwłaszcza, gdy zupełnie niepotrzebnie zachowała wyjątkowo paskudne fragmenty tekstu, które zresztą Pan cytuje. Czy z grubsza można tak skonkludować?

    1. Nie napisałem, że redaktor książki nie zdała egzaminu. Zadałem tylko pytanie retoryczne wyrażające przede wszystkim moje wielkie zdziwienie.

      1. Nie użył Pan tego sformułowania. Ale czy to nie jest równoznaczne, że skoro czytał Pan te fragmenty i czuł się zażenowany, nie wiadomo dlaczego redaktor to zachował, bo nie wnosiły one Pana zdaniem nic do fabuły, nie mają większego sensu, nie łączą się w spójny i logiczny sposób, przez co książka wyłącznie traci, – to wszystko cytaty z Pana recenzji – to jednak redaktorka, w jakiejś mierze nie zdała egzaminu? Dla mnie to równoznaczne. Pozdrawiam 🙂

        1. Dla mnie redaktorka nie zdałaby egzaminu, gdyby takich fragmentów byłoby więcej. Poza tym być może autor się uparł i chciał zachować te fragmenty. Czasem tak się dzieje. Również pozdrawiam 😀

          1. Świetnie! Właśnie o taki wniosek mi chodziło na koniec dnia. 🙂 Czyli redaktorka jednak zdała egzamin! Zatem należałoby zmienić ostatni punkt mojej konkluzji i nadać mu następujące brzmienie: Redaktorka wiedziała, co robi, zachowując te fragmenty, jak i cały prosty i wulgarny język (bo przecież trudno uwierzyć, że firmowałaby swoim nazwiskiem coś, z czym się nie zgadzała i co by – jak Pana – na przykład ją żenowało, lub uważałaby za niepotrzebnie wulgarne). Problem zaś w tym, iż Pan nie wie, dlaczego to zrobiła.

  4. Rozumiem, że milczenie oznacza zgodę na taką konkluzję dotychczasowej wymiany zdań. A zatem czas na kolejne pytanie o rzecz najważniejszą, czyli o język – główną przyczynę całego zła: Czy od razu uznał Pan, że posługiwanie się takim „prostym i wulgarnym” językiem wynika z braku umiejętności autora-debiutanta, a redaktorka z całkiem niezrozumiałych powodów to puściła, (choć nie powinna), czy może jednak próbował Pan się zastanowić się nad powodami takiego, a nie innego stylu? Miał Pan jakieś pomysły?

    1. Moje milczenie wynikało wyłącznie z braku czasu. Nie uważam za złe używanie języka wulgarnego, ponieważ wulgaryzmy mają swoją funkcję i widać to w przypadku tej powieści. W recenzji napisałem „nieco wulgarnym językiem”, co wskazuje na to, że jest on trochę wulgarny, a nie bardzo. Pretensje do redaktorki mam wyłącznie o to, że znalazły się dwa konkretne fragmenty nic niewnoszące do fabuły. Prostego stylu można użyć na przykład, gdy bohaterami powieści są ludzie prości (co widać chociaż w „Chłopach” Reymonta czy „Medalionach” Nałkowskiej). W przypadku tego utworu nie wydaje mi się, aby postacie wykreowane przez autora były ludźmi prostymi. Jeśli się mylę, proszę wyprowadzić mnie z tego błędu 🙂 Używanie prostego języka nie jest też niczym złym. Pani uważa to za „przyczynę całego zła”, co w moim odczuciu jest sporą nadinterpretacją mojej recenzji.

      1. Wolę się nie odnosić do Pana teorii na temat prostego języka, lecz szczerze współczuję polonistki. W tej powieści dla mnie sprawa jest prosta i oczywista. Wystarczy uświadomić sobie, kto jest w istocie bohaterem głównym i tematem powieści. To SMS! Krótka, zwięzła, często prymitywna i prosta forma wypowiedzi. I cała powieść jest przeważnie uszyta na tę miarę – stąd wrażenie prostego języka. To po prostu umiejętna stylizacja. I nie chodzi o to, że postacie są proste. Prosta jest cała Druga rzeczywistość. Cyfrowa, która w istocie zbudowana jest z najprostszego języka zero-jedynkowego. A w dodatku – co pisałam wcześniej – jako imitacja, często przerysowana i wulgarna.
        W przeciwieństwie do Pana, uważam że autor bardzo umiejętnie operuje językiem. Inny jest język towarzyszący postaciom żywym, inny postaciom „cyfrowym”.
        Przytoczył Pan dwa fragmenty, które Pana zażenowały i mają świadczyć o prymitywizmie języka. Nie uznał Pan jednak za stosowne, lub Pan tego nie zauważył, że przytoczone fragmenty dotyczą jednego bohatera, Skalsky`ego, wyjątkowo obrzydliwego (jak się nam wtedy zdaje) żyjącego wyjątkowo obrzydliwym otoczeniu i tak dalej. Ale, co najważniejsze, nie będącego w istocie człowiekiem, a tworem cyfrowym. A w świecie cyfrowym takie kategorie jak „obrzydliwy” są całkowicie bez sensu. I w przeciwieństwie do Pan uważam, że te fragmenty bardzo dobrze charakteryzują tę postać i jego świat. Stąd ile by się nie polało krwi, mózgu, bluzgów itp., pamiętam, że to tylko bajty bez moralności. Myślę, że tak samo uznała redaktorka.
        Pisząc o języku, jest Pan bardzo jednostronny. Nie raczył Pan zauważyć bardzo pięknych i lirycznych fragmentów, których jest sporo. Ale dotyczą one prawdziwych ludzi. Choćby ostatnia scena Toma z Susan:
        Otrząsnął się z otępienia i podszedł do niej tak blisko, że poczuł na twarzy lekki jak bryza od morza powiew jej oddechu. Zaciągnął się nim niczym skazaniec ostatnim papierosem, a potem delikatnie dotknął swoimi ustami jej ust. Gwałtowny dreszcz przeszył go do szpiku kości, a przed oczami przewinęły mu się wspólnie spędzone z Susan chwile. Same przyjemne i piękne, bo te złe wyrzucił na zawsze z pamięci. Na koniec zdążył jeszcze pomyśleć, że do szczęścia wcale nie potrzebuje ani Trzeciej, ani Drugiej Rzeczywistości.
        Wystarczyła Pierwsza!
        Albo scena seksu pod prysznicem, gdy myślimy, że dotyczy to prawdziwych ludzi:
        Delikatnie zaczęła głaskać jego ciało. Jej dłonie ślizgały się po jego plecach, potem po brzuchu, by po chwili zejść niżej. Jej dotyk przynosił mu ukojenie, ale i rosnące z każdą chwilą napięcie. Jakby nie masowała jego skóry, ale naciągała ją jak gumę do granic wytrzymałości. Jego ciało od razu zareagowało i stanęło na baczność. Zawstydził się tym. Chciał się zasłonić rękami i odsunąć. Coś w jego głowie broniło się przed nią. Coś go od niej odpychało, tak jak odpychają się te same bieguny magnesów. Ale jej bliskość i delikatność zupełnie go rozbroiła. Naga była jeszcze piękniejsza. Nieskazitelnie wręcz doskonała. Boska.
        Przywarła do niego ściśle i gwałtownie wpiła się w niego miękkimi ustami. Ich ślina zmieszała się ze strumieniami spienionej wody. Jej twarde sutki wbijały się w jego piersi. Dłużej nie był w stanie się bronić. Musiał skapitulować. Jego ciało było naprężone do granic wytrzymałości. Kiedy oplotła go nogą jak bluszcz, w jakiś naturalny sposób dopasował się do niej. Wniknął w nią i poddał się rytmowi jej oddechu.
        I tak dalej. Dawno nie czytałam tak delikatnego opisu, zwłaszcza autorstwa mężczyzny. Albo scena, gdy Moser idzie zabić Johnsona, gdzie akcja powieści miesza się z rzeczywistością z opery Aida i z nią bardzo dokładnie konweniuje.
        Takich pięknych i lirycznych fragmentów jest masa, ale dotyczą one Pierwszej rzeczywistości. Druga rządzi się innymi, amoralnymi i aestetycznymi prawami. Konkluzja: może się Panu nie podobać styl, język, fabuła, rozważania filozoficzne, nie jest moim celem nawracanie Pana. Lecz w swojej ocenie, zwłaszcza tak krytycznej, trzeba moim zdaniem zdobyć się na poważne, a przede wszystkim uczciwe uzasadnienie. A tego zdecydowanie mi u Pana zabrakło.

  5. Taaak… Mam następne pytanie. Czy mi się zdawało, czy w Pana recenzji była sugestia, że autor mógł wymóc na Redaktorce pozostawienie fragmentów, które się Panu nie podobały, a teraz ta sugestia zniknęła?

    1. Dzień dobry. Przepraszam za brak odzewu, ale pochłonęła mnie nauka do matury, a wieczorami byłem tak bardzo zmęczony, że ostatnią rzeczą, którą chciałem robić, było odpowiadanie na komentarze i wysilanie przy tym mózgu. W moim odczuciu przytoczone przez Panią fragmenty nie są niczym nadzwyczajnym. Nie musi mi też Pani współczuć polonistki, bo ona nie ma żadnego związku ani z tą książką, ani z moją recenzją, naprawdę. Pani zdanie dotyczące stylu jest ciekawe i logiczne. Racja, SMS-y są prostymi wiadomościami składającymi się (głównie) z prostego języka. Aczkolwiek moim zdaniem język Pierwszej Rzeczywistości nie jest jakiś bardzo, kolokwialnie mówiąc, super. Być może wynika to z tego, że nie jestem (jeszcze) specjalistą, tylko nastolatkiem lubiącym czytać książki i chcącym dzielić się swoimi spostrzeżeniami i przy okazji poznać osoby o takich samych (bądź zbliżonych) zainteresowaniach. W mojej recenzji pojawiło się wyłącznie pytanie brzmiące tak: „Dlaczego redaktor to zachował?” I pytanie to nadal jest w recenzji. To w komentarzu napisałem takie coś: „Poza tym być może autor się uparł i chciał zachować te fragmenty. Czasem tak się dzieje”. Pozdrawiam 🙂

      1. No, ciekawe pytanie. Nic prostszego, jak spytać autora, co spróbuję uczynić w wolnej chwili i dam znać 🙂

        1. W sumie napisałam od razu i o dziwo od razu dostałam od autora odpowiedź, którą tu zamieszczam. Tak łatwo przyszło wyjaśnić tę kwestię: „Dzień dobry, naprawdę bardzo pouczająca rozmowa. Gratuluję intuicji. Niektóre Pani spostrzeżenia są jakby wyjęte z moich myśli. Oczywiście żadnych nacisków, mniejszych lub większych, w tym temacie ze strony Wydawnictwa ani Redaktorki, a także wzajemnie z mojej strony nie było. Miała Pani dobry pomysł, żeby po prostu o to zapytać. Także pozdrawiam AM”

Dodaj komentarz