Wywiad z Cezarym Czyżewskim. Zapraszam!

Cezary Czyżewski – rocznik ’75, bydgoszczanin. Z zawodu konserwator zabytków, obecnie żeglarz. Gdy nie żegluje po morzu – pisze. W przeszłości publikował opowiadania w starym „Science Fiction” i na portalach internetowych. Teraz próbuje dłuższych form. W fantastyce zaczytuje się od najmłodszych lat. Zaczynał od klasycznego SF, potem poznał Tolkiena, Ursulę Le Guinn oraz innych klasyków. Jego ulubieni pisarze to: Glen Cook i David Gemmel. Wiele lat grał w RPG i jeździł na konwenty.

1. Dlaczego akcję osadziłeś akurat w Bydgoszczy? Sprawiło Ci to jakąś trudność?

Jestem Bydgoszczaninem. Znam to miasto od urodzenia, od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Można powiedzieć, że jestem jego częścią i dlatego czuję jego klimat. Gdy zastanawiałem się nad zrębami fabuły, wybór był oczywisty. Inna sprawa, że od dłuższego czasu pojawiają się w polskiej fantastyce książki umiejscawiane specyficznie w konkretnych miejscach, często rodzinnych miastach autorów. Chciałem, żeby Bydgoszcz też miała swoją niesamowitą opowieść, bo jest miastem trochę niedocenianym nawet przez samych mieszkańców. Czy osadzenie akcji w Bydgoszczy sprawiło mi jakąkolwiek trudność? Najmniejszej. Miałem za to całe kilogramy frajdy z poszukiwaniem prawdziwych historii, które można by oblec w klimat niesamowitości, ubarwić tu i tam i podać jako fantastyczną opowieść.

2. Czy tworząc postać Tadeusza, wzorowałeś się na kimś?

Nie. Zwłaszcza starałem się, by Siekierski nie był moim alter ego. Oczywiście autor nigdy nie uniknie pewnych świadomych czy podświadomych podobieństw, bo przecież on jest stwórcą danej postaci, jej charakteru, historii i zachowań. Ale sztuką jest właśnie unikać sytuacji, gdy kreowana postać jest wyidealizowanym obrazem nas samych. Oczywiście jakieś inspiracje miałem w głowie, chciałem by Siekierski był takim trochę magicznym Marlowem Chandlera, skrzyżowanym z Indianą Jonesem. Nie wyszło mi to do końca, bo i obraz samej postaci trochę się zmienia, zwłaszcza w kończonym przeze mnie drugim tomie. Ostatnio nawet doszedłem do wniosku, że… nie lubię Siekierskiego. Jest strasznie wkurzającym gościem. 🙂

3. Jakie jest Twoje największe marzenie?

Mieć święty spokój, by móc spokojnie żeglować po morzach i w wolnym czasie pisać książki? Tak, to chyba jest moje największe marzenie.

4. Co najbardziej lubisz w żegludze morskiej?

Bardzo podobne pytanie zadali mi kiedyś uczniowie mojego byłego liceum, gdy po kilkunastu latach miałem okazję odwiedzić tę szkołę. Wtedy też znalazłem odpowiedź. Najbardziej lubię poczucie wolności. Żeglarstwo daje mi wolność. Z dala od ludzkiego zakłamania, stadnych gierek, których uczymy się od najmłodszych lat naszego życia i hipokryzji, którą często nazywamy dobrymi manierami. Na morzu człowiek styka się bezpośrednio z naturą. Jest tyle wart, ile ma w sobie charakteru i umiejętności.

5. Co jest Twoją większą pasją – pisanie, żeglowanie czy konserwowanie zabytków?

Myślę, że jeśli miałbym wybierać, to nie umiałbym żyć bez pływania. Żeglarstwo zawsze mnie ciągnęło, historie wymyślałem i pisałem od dziecka, a zainteresowanie sztuką i zabytkami zaprowadziło mnie na takie a nie inne studia. Dzisiaj jednak nie pracuję już w swoim zawodzie i nie widzę sensu powrotu. Myślę, że poradziłbym sobie również bez pisania. A bez żeglowania? Słowa przypisywane Pompejuszowi Wielkiemu brzmią: „navigare necesse est, vivere non est necesse.”

6. Wolisz tworzyć opowiadania czy dłuższe formy?

To bez znaczenia. Opowiadanie czy nowelka ma swój charakter i zasady kompozycji i dobrze służy przekazaniu jakiegoś pomysłu, natomiast formy dłuższe wymagają więcej czasu i pracy, ale też pozwalają na zabawę przedstawianym światem, dają możliwość szerszej kreacji. Jeśli kończę coś pisać i czuję, że udało mi się zakląć w słowa moje myśli i emocje, to czuję satysfakcję bez względu na to, czy jest do szybki szort czy pełnowymiarowa powieść.

7. Jaki jest Twój ulubiony gatunek literacki?

Nie będę oryginalny. Myślę, że epicka i heroiczna fantasy, w stylu Dawida Gemmela, który jest moim ulubionym pisarzem lub Glenna Cooka, którego „Czarną Kompanię” uwielbiam. Co nie znaczy, że nie czytam innych rzeczy. Jak coś jest dobrze napisane, może być nawet obyczajówką z życia pobożnych pokojówek. Byle wciągało.

8. Jakiej muzyki ostatnio słuchasz?

Oj… ostatnio, czyli od dłuższego czasu jestem wierny muzyce filmowej i ilustracyjnej, zwłaszcza mojemu bogowi muzyki, czyli Thomasowi Bergersenowi. No i metalowi, na przeczyszczenie uszu po zbyt nastrojowych i melodyjnych utworach.

9. Twoim zdaniem łatwo jest zadebiutować?

Nie. Myślę, że trudno jest napisać coś, co inni uznają za co najmniej „przyzwoite”, ale potem jeszcze trudniej jest znaleźć wydawcę. Wielokrotnie udowadniano, że kryteria wyboru w wydawnictwach często rozmijają się z tym, co rozumiemy przez jakość tekstu. Niedawno Mark Hamill ładnie określił podobne zjawisko w świecie filmu, dowalając mocno Hollywoodowi: „Pamiętajcie, nie jest ważne (w Hollywood) czy coś jest dobrej jakości, tylko czy zarobi pieniądze”. To samo dotyczy rynku książki, moim zdaniem. Oczywiście do pewnego stopnia jest to zrozumiałe, trudno żeby wydawnictwo dokładało do swojego interesu, z drugiej strony jednak, powinny istnieć jakieś granice patrzenia w słupki przychodów i wydatków. Pozwolę sobie dodać w tym miejscu moje osobiste, nieco złośliwe stwierdzenie, że prawdopodobieństwo wydania książki wzrasta wraz z ilością wypitego z wydawcą alkoholu na konwencie (targach etc.). Co nie znaczy, że należy się poddawać. Trzeba pisać i pukać do każdych drzwi. Za którymś razem może się udać. Selfpublishing także nie jest złym wyborem na start. Pozwala zweryfikować jakość utworu bezpośrednio w konfrontacji z czytelnikami. A o to przecież finalnie chodzi w pisarstwie – by czytelnicy byli zadowoleni.

10. Pisarstwo traktujesz jako hobby czy pracę?

Zdecydowanie jako hobby. Chyba, że któregoś dnia okaże się, że pisanie zapewnia mi tyle środków, bym był w stanie się utrzymać. Wtedy nazwę to pracą.

11. Co jest najtrudniejsze w procesie tworzenia, a potem wydawania dzieła?

Pisanie (tutaj wstawić ponury trollowy rechot). A dokładniej praca nad tekstem. Miło i przyjemnie wymyśla się fabułę, bohaterów, poszczególne sceny, ale potem trzeba to umiejętnie przelać na papier lub klawiaturę. Trzeba powiązać wątki tak, by nie tylko wyglądały atrakcyjnie, ale również odpowiadały logice przedstawianego świata. To żmudna i często nudna robota, przy której zwykła korekta ortograficzna wydaje się przyjemnością.

12. Też odnosisz wrażenie, że coraz więcej osób bierze się za pisanie książek? Jak myślisz, skąd się to wzięło?

Pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej… Myślę jednak, że ludzie zawsze dużo wymyślali i pisali. Najczęściej jednak teksty te lądowały w szufladzie lub w piecu. Wrażenie, że ostatnio to zjawisko jest szersze, w moim przekonaniu bierze się raczej z pojawiania się coraz liczniejszych i łatwiejszych form publikacji. Kiedyś w naszym kraju wydawnictw było kilka lub kilkanaście. Dzisiaj jest ich o wiele więcej, bo dzięki komputerom i nowoczesnej poligrafii obróbka tekstów i produkcja stały się o niebo tańsze i łatwiejsze. Także jeśli chodzi o tłumaczenia i wydania autorów zagranicznych. Stąd być może więcej pozycji w zbiorczych katalogach wydawniczych. Oczywiście nadal pozostaje do rozważenia kwestia czy jakość idzie za ilością.

13. Co ostatnio ciekawego przeczytałeś?

„Ród Drya w polskiej historii”, Stanisława Burmistrzaka – ta książka z dziedziny genealogii i heraldyki padła moim łupem dlatego, że dotyczyła korzeni mojej rodziny ze strony ojca. Każdy lubi wiedzieć, skąd się wywodzi. Ja również.